wtorek, 12 stycznia 2016

Tempus Belli

    Tego dnia padał deszcz. Tak ciężki i gęsty, że zdawało się, iż same niebiosa płaczą nad losem tych, którzy stąpają pod nimi. Ziemia była przemoknięta, a w powietrzu mieszał się słodki zapach świeżości niesionej przez opady z odorem spalin, dymu i kurzu, który również spadał razem z kroplami. Woda. Siła, która przyniosła życie na tę planetę, w wysiłku godnym Tytanów, przedzierała się przez liczne warstwy gleby, aby dotrzeć do podziemnych, wykonanych przez człowieka warstw betonu. Tam niestrudzenie kontynuowała swoją podróż. W końcu, po dziesiątkach lat, kolejna warstwa niegdyś budowanego z mozołem przez ludzi kompleksu, uległa. Niewielkie pęknięcie pojawiło się w suficie obszernego pomieszczenia. Dla człowieka, który obserwowałby to z boku, było by to niezauważalne i niemal bez znaczenia. Ale natura nie liczy czasu, w końcu dopnie swego. Zwłaszcza, że miejsce to zostało porzucone przez powyższy gatunek dość dawno temu. Wewnątrz nie było praktycznie światła. Niewielkie diody migały od czasu tu i ówdzie, jakby błagając o elektryczność. Po obu stronach, w równych rzędach wytyczonych z  doskonała precyzją, znajdowały się dziwne urządzenia. Przypominały coś na kształt łzy, wykonane w połowie ze szkła, a w połowie z metalu, z którego niczym korzenie wylewały się kable. Jedna mała kropla, druga, trzecia... powoli skapywały na szklaną powłokę jednego z reliktów przeszłości. Zdawały się nie mieć celu, bezmyślnie podążając za grawitacją niczym ćma za światłem. A  jednak, gdy natrafiły na zwitkę przewodów zdawały się celowo do niej przylegać. Jak gdyby miały misję od niebios, albo chciały coś udowodnić temu konkretnemu przedmiotowi. Na wyniki ich starań nie trzeba było długo czekać. Zaledwie dzień później, jak gdyby pod ich presją, niewielka iskra przeskoczyła pomiędzy dwoma zwojami, wywołując lawinę małych iskierek. Coś gwałtownie zamrugało, następnie urządzenie wydało z siebie obrzydliwie skrzypiący dźwięk, jak gdyby wzdrygało się z obrzydzeniem na to, co przed chwilą miało miejsce. Nagle szklana część zaczęła się unosić, wylewając na podłogę dziwną, gęstą ciecz z wnętrza maszyny. Siłowniki pociły się olejem, starając się unieść wieko w ostatnim wysiłku swojej egzystencji. Zapaliła się czerwona lampa obwieszczająca złą nowinę: "Awaria! Awaria!", mrugając raz za razem w równych odstępach. Gdy wieko wreszcie się uniosło, na podłogę pełną lepiej brei wypadła kobieta...

    Raven obudziło mrugające światło czerwonej żarówki tuż nad twarzą... Początkowo zamroczona, po dłuższej chwili dotarł do niej przerywany szmerami, syntetyczny kobiecy głos.

- Sekwencja przebudzenia... dz.. nia... dzenia... awaryjnego w toku... ku... ku... Wszystkie komory.... ry... ry... hibernacyjne dezaktywo... wo.... wo... -wane.

    W tym momencie rzeczywistość uderzyła Raven mocniej niż kiedykolwiek wcześniej w całym życiu. Niesamowity smród zgnilizny, wilgoci i zatęchłego powietrza nie pozwalał się skupić na niczym. Pulsujący ból w głowie, mrugające światło nad czołem i niezdrowe do obrzydzenia powietrze, nie pozwalały dziewczynie przypomnieć dlaczego znajduje się w tej komorze. Nagle zaczęła wyć syrena alarmowa, a krążenie powoli zaczęło wracać w rękach, nogach. Po chwili solidna jeszcze przed momentem ściana przed twarzą otworzyła się z ciężkim dźwiękiem niczym odgłos mlaskającego potwora. Wraz z płynem w którym przed chwilą jeszcze się znajdowała wylała się na podłogę tylko po to by uderzyć głową w stojący naprzeciwko stolik. Po chwili krótkiego zamroczenia odzyskała jednak świadomość na tyle żeby podnieść się z ziemi i przykucnąć. Głowa zaczęła pulsować jeszcze mocniej zalewając kobietę coraz to nowymi falami bólu, wszechogarniający smród dokłada swoje trzy grosze. Zwymiotowała na podłogę, różowo przeźroczystą maź, dławiąc się, krztusząc i kaszląc. Gdy w końcu opanowała się nieco zauważyła, że jej ręce są niepokojąco sine. I nie jest to spowodowane przez mrugającą lampę na suficie. Zbierając resztki rozsądku Raven usiadła opierając się o biurko plecami i zaczęła liczyć:

- 1.2.3.4.5.6.7.8.9.10... Wdech... wydech... 1.2.3.4.5.6.7.8.9.10... wdech.... wydech.... - Przypominała sobie skrawki szkolenia przed hibernacyjnego. Oddychanie mówił instruktor, to najważniejsza rzecz.

    Gdy oddychanie przestało być problemem, zaczęła zabierać się za ramiona i nogi. Machając kończynami w bardziej niesprecyzowanych ruchach rozglądała się po pomieszczeniu, Hibernatorium. Chyba tak to się kiedyś nazywało. W pomieszczeniu dostrzegła jeszcze dziewiętnaści innych komór. Co dziwniejsze większość pusta, cztery z nich są wciąż zamknięte, a jedna jakby nie mogła się otworzyć blokowana przez zepsute wahadło.

- Coś jest nie tak. - Pomyślała Raven - I to bardzo.... Dlaczego wszędzie jest pełno płynu z komór i czemu tu tak śmierdzi do cholera....

     Przemyślania przerwało nowe powracające doznanie, przenikliwe poczucie chłodu. W środku wieżowca pięć pięter pod ziemią !

- No nie ma wyboru trzeba się ruszyć albo tu zamarznę. Potem będę się przejmować resztą.

    Walcząc z obrzydzeniem i przenikliwym chłodem podniosła się z ziemi. Skupiając się na tyle na ile mogła rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu, zmierzając w stronę kolejnego stolika na jego środku. Podchodząc zauważyła zrzucony przy krześle kitel lekarski. Założyła go by zapewnić sobie jakąkolwiek ochronę przed zimnem. Ubierając się spostrzegła spoczywające na stoliku notatki.

- Może to rzuci choć trochę światła na całą tą sytuację... - powiedziała sama do siebie – Oho następny syndrom, zaczynam już gadać sama do siebie. No nic na razie mam ważniejsze sprawy na głowie.

    Niestety, jedynymi sensownymi rzeczami jakie były zawarte w dokumentach, to ostatnia data na nich zapisana to 2053 co nie jest wcale takie złe bo by znaczyło że minęło jedynie pięć lat, więc prawie tyle ile planowo miała trwać hibernacja. Druga informacja jaką udało się wyczytać z zapisków to to że piszącemu gwałtownie przerwano w połowie jego pracy.

    Raven z coraz większą łatwością zaczynała łapać oddech, a wizja zaczęła wracać do normalności z rozmytych plam i niewyraźnych kształtów. Gdy sytuacja zaczyna zdawać się nieco opanowana nagły wstrząs posyła dziewczynę na kolana. Po chwili równie nagle jak się pojawiły, drgania ustały.

- Co mogło spowodować taki wstrząs w środku miasta ? Przecież jestem jakieś pięć pięter pod ziemią. A w tych okolicach nie ma wstrząsów sejsmicznych. - niepokojące myśli nie dawały spokoju, a smród i zniszczenia w około nie pomagały w pozytywnym myśleniu.

    Chwilę później Raven znów stała na nogach. Niestety jej oczom ukazał się okrutny i przerażający widok. Z niedomkniętej komory w pomieszczeniu wysunęły się zwłoki napuchnięte i zgniłe. Ujawniając przerażającą prawdę i źródło obrzydliwego zapachu. Natychmiast odwróciła głowę zakrywając usta ręką. Jak gdyby spodziewając się wymiotów, jednak takowe nie nadeszły. Czy to z wycieńczenia czy z powodu braku czegokolwiek do wydalenia z żołądka. Jednak dojście do siebie po takim widoku i tak zabrało jej nieco czasu. Jedynym pozytywnym aspektem całej sytuacji było to iż jej kroki w stronę wyjścia nabrały dużo więcej tępa i determinacji. Drzwi na zewnątrz z początku były lekko uchylone i wygięte, jak gdyby w ponurym grymasie z zaistniałej sytuacji. Po krótkiej chwili szarpania i przeklinania w wszystkich znanych Raven językach drzwi ustępują, dając się odsunąć w bok. Czerń która się przed nią otwiera napawa jej serce jeszcze większym przerażeniem. Korytarz znakowały jedynie luminescencyjne światła przy podłodze. Pomieszczenie na przeciw, tak samo jak droga prowadząca w lewo zostały zawalone przez zwały ziemi i gruzy.

- Jest źle, jest bardzo źle. - ta myśl nie dawała jej spokoju od kiedy otworzyła oczy i każdy krok zdawał się utwierdzać ją w tym, że to prawda. Albo co gorsza, że jest gorzej niż myślała!

    Jako że drogi do wyboru zdawały się być ograniczone tylko i wyłącznie do jednej, długo nie zastanawiając się Czarna, tak zawsze mówili na nią znajomi, ruszyła wzdłuż korytarza, omijając co ostrzejsze kawałki gruzu. Od czasu do czasu przystawała przy drzwiach które mijała w przejściu. Żadne jak na złość nie chciały się otworzyć, pomimo dość rozpaczliwego szarpania. Jednak wysiłek ten miał swój pozytywny efekt pomimo to. Pozwalał walczyć z wychłodzeniem organizmu.

- Ah dzięki bio-inżynierom. Dzięki za opracowanie stymulacji elektronowej mięśni. Gdyby nie to po 5 latach w komorze chodzenie było by tylko odległym marzeniem.

    Co dziwniejsze po pewnym czasie Raven zauważyła że niektóre z drzwi wyglądają jak gdyby celowo zostały uszkodzone bądź zabarykadowane od wewnątrz. Myśl tą jednak szybko przerwała chłodna bryza, powiew świeżego powietrza, zakręt na przeciw zdawał się być upragnionym wyjściem z koszmaru. Kroki powoli zaczęły przyspieszać tępa, jak gdyby niesione obietnicą wolności. Jednak chwilę przed zakrętem dotarło do niej.

- Jak to świeże powietrze. Nie weszłam jeszcze nawet jednego piętra w górę. - Z całego jej organizmu jednak mózg działał najsprawniej. Pomimo nieustannej migreny zdawał radzić sobie z przytłaczającą sytuacją.

    Pokonanie zakrętu ujawniło pomieszczenie poczekalni. Na wprost znajdowały się wejścia do dwóch wind. Z lewej strony znajdowały się drzwi do niegdysiejszej sali przyjęć, a z prawej... Z prawej strony ziała olbrzymia rozpadlina. Na szerokość jakichś stu może dwustu metrów od przeciwległej ściany. Zarośnięta roślinnością jakiej Czarna nie widziała nigdy w swoim całym życiu, a zdawało się że jeśli czegoś nie ma w intrenecie to to nie istnieje. Niezwykłe ptak podobne stwory, spłoszyły się na jej widok. Widok był niesamowity. Stojąc dziesiątki metrów pod ziemią, patrząc z krawędzi urwanej podłogi można dostrzec deszcz który w tym miejscu przybierał kształt rwącego wodospadu. W dół zaś zaraz za wodą podążały nieprzebrane pokłady błota i gruzy. Nie było widać dna rozpadliny. Sceneria zdawała się zbyt surrealistyczna do zaakceptowania.

- Przecież to środek miasta ! To nie może być prawda! - Krzyczał umysł niemogący poradzić sobie z zaistniałą sytuacją.

    Gdy po długiej chwili udało się odzyskać jej władzę nad swoim ciałem i umysłem, zauważyła że jej ręce stały się na powrót sine, a nie bardzo miała już siłę, ani ochotę, nimi machać. Nagle usłyszała jakiś trzask, później dźwięk się powtórzył, i znów. Chwilę zajęło wystraszonej dziewczynie wymyślenie co to może być za potwór co po nią idzie. Ognisko ! Trzask płonącego drewna! Zerwała się na równe nogi i niewiele myśląc pobiegła w stronę dźwięków dobiegających z za drzwi. Przez niewielką stłuczoną szybkę dojrzała ognisko, a przy nim siedzącą postać. Mężczyzna miał na sobie narzucony obszerny koc, którym okutany był aż do stop. Tylko ręce wystawały spod okrycia wyciągnięte w stronę płomieni. Gdy zaważył dziewczynę wskazał ręką na ognisko i skiną delikatnie głową.

- Ha! Jednak ktoś jeszcze żyje! Gdzie są wszyscy ? Co się stało ? Dlaczego wszystko jest zniszczone ? Co to za miejsce ? Jaki mamy rok ? - Potok pytań wylał się z Raven jak woda z pękniętej tamy. Jednak siedząca postać jedynie uniosła dłoń uciszając ją a następnie wskazując by się uspokoiła.

    Chwilę później gdy opanowała nieco swoje emocje Czarna zbliżyła się bardziej do ogniska, przechodząc przez drzwi pomieszczenia. Zakrywała się swoim znalezionym kitlem jak tylko mogła, w końcu była prawie naga a przed nią siedział obcy mężczyzna. Niestety, płaszcz bardzo mocno nie chciał współpracować. Gdy chciała ukucnąć usłyszała jedynie pękanie szwów. Wstała z powrotem natychmiast spoglądając na drugą stronę płomieni. Zakapturzona postać uśmiechnęła się jedynie lekko. A dziewczyna zapłonęła rumieńcem. Trwali w tej sytuacji kilka dłuższych chwil, a spokój momentu przerwał nagły tupot wojskowych butów. Wyraźne, zdecydowane i pełne pośpiechu. Najwyraźniej jakaś grupa ludzi zbiegała po klatce schodowej. Uśmiech pojawił się raz jeszcze na twarzy Raven. Jednak gdy spojrzała na opiekuna ognia coś wydawało się być nie tak. Jego twarz wykrzywiła się w wyraźnym grymasie i dało się słyszeć westchnienie znużenia. Podniósł się zaskakująco szybko, miną dziewczynę i wychodząc przez drzwi z pomieszczenia pewnym i zdecydowanym krokiem, zarzucił jej koc na plecy.

- Powodzenia, będzie Ci potrzebne. - Powiedział nie spoglądając nawet w stronę dziewczyny.

    W tym monecie zauważyła coś niemożliwego. Miał dwie pary rąk ?! Jak to możliwe !! Nie zwalniając kruku ruszył w stronę krawędzi rozpadliny po czym bez chwili wahania skoczył w dół. Zdziwienie mieszało się na twarzy Raven z przerażeniem. Co się właśnie stało ? Szok, niedowierzanie... Nawet nie zauważyła gdy odgłosy dobiegające z klatki schodowej stały się bardziej wyraźne. Po prostu powoli zbliżała się do krawędzi, nie wierząc w to co przed chwilą miało miejsce. Z momentu stagnacji wyrwał ją nagły krzyk.

- Nie ruszaj się! Tylko drgniesz a zostanie z Ciebie krwawa miazga! - Wykrzykną pierwszy z wychodzących z klatki schodowej komandosów.

    Nie pozostawiając jej ani chwili na namysł czy podjęcie decyzji. Dwóch ludzi z bronią podeszło do niej natychmiast. Precyzyjne kopnięcie posłało ją na kolana, a błyskawiczny ruch założył jej kajdanki na ręce zanim zdążyła się w ogóle zająknąć. Ludzie ze schodów wylali się w liczbie około dwudziestu. Wyglądali jak SWAT czy EUSF. Zaczęli się rozlewać po pomieszczeniach i korytarzu rozstawiając się na pozycjach. Stojący na przeciwko niej żołnierz wyciągnął z kieszenie czarną materiałową torbę i podszedł do zakutej dziewczyny, zakładając jej go na głowę. Chwilę później poczuła delikatne ukłucie na szyi i usłyszała ciche Tsss...

- Spokojnie. To tylko środek zapobiegawczy wszystko będzie w porządku. Jesteś już bezpieczna. Nie masz się czego bać, zabierzemy Cię do.... - Ostatnie słowa które słyszała zdawały się być po prostu bełkotem. Chwilę później zaczęła robić się bardzo śpiąca. Ale Reven bała się. Tylko nie sen, spała tak długo, tylko nie sen... Niestety narkotyk był silniejszy niż jej samozaparcie i po chwili odeszła do krainy snów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz